Recenzja: „Szkarłatna ćma” Kristen Ciccarelli – taniec na zgliszczach, czyli enemies to lovers, na które czekaliśmy
Wyobraź sobie, że musisz uśmiechać się do człowieka, który najchętniej widziałby cię martwą. Że musisz flirtować z kimś, kto ma krew twoich bliskich na rękach. W świecie stworzonym przez Kristen Ciccarelli życie to nieustanny teatr, a jeden fałszywy gest kończy się na szafocie. „Szkarłatna ćma” nie prosi o uwagę – ona jej żąda, wciągając nas w rzeczywistość, gdzie magia jest zbrodnią, a miłość aktem samobójczym. Autorka zabiera nas do świata stylizowanego na mroczne czasy inkwizycji. Po krwawej rewolucji czarownice stały się zwierzyną łowną, którą Nowa Republika pragnie wymazać z kart historii. W centrum tego chaosu stoi Rune Winters. Dla świata to tylko pusta, bogata arystokratka, która martwi się doborem sukien i plotkami na salonach. Ale to tylko maska. Gdy zapada zmrok, Rune staje się Szkarłatną Ćmą – nieuchwytną mścicielką, która wyrywa swoje siostry z rąk oprawców. To bohaterka, która nosi w sobie ogromny ciężar winy i strachu, a jej siłą nie jest tylko magia, ale przede wszystki...